Anna Onichimowska


o mnie
książki

• ważniejsze publikacje

• spolszczenia i antologie

• wydania obcojęzyczne

• książki czytane

• recenzje

• zapowiedzi


scenariusze

trofea

kontakt

przyjaciele
fotografie


 

 

Gdybym miał konia

Krzysztofa Pączka droga do sławy

Duch starej kamienicy

Daleki rejs

Dobry potwór nie jest zły

Samotne wyspy i storczyk

Żegnaj na zawsze

Trudne powroty

Najwyższa góra świata

Dzieci zorzy polarnej

Koniec świata i poziomki

Aleksander

Gdzie jesteś, tatusiu?

Tam, gdzie wiedźma leci w piaskowej zamieci

Zasypianki na każdy dzień miesiąca

Sen który odszedł

Maciek i łowcy duchów

Hera moja miłość

Lot Komety

O zebrze, która chciała być w kwiatki

O jeżu, który znalazł przyjaciela

Tajemnice Początku. Mity o stworzeniu świata.

Żółta zasypianka

Wieczorynki z kotem Miśkiem

Bliscy nieznajomi

Daleko czy blisko

O żyrafach, które chciały zobaczyć śnieg

Wieczorynki z żółwiem Antosiem

O kangurku, który został listonoszem

Dzień czekolady

Dziesięć stron świata

Wieczorynki z Wielką Kaczką

Trzecie oko

Galaktyczni szpiedzy

O zwierzaku, którego nie było

Piecyk, czapeczka i budyń

Kiedy byłam mała / Kiedy byłem mały

Demony na smyczy

Gdybym była chłopcem / Gdybym był dziewczynką

O kocie, który został czarodziejem

Koniec gry

Czas meteorów

Pomiędzy

Tajemnica Malutkiej

Zupa z gwoździa

Osiem metrów niespodzianki

Za szafą

Prawie się nie boję

Z głową pod dywanem

Będę biegać

 

 

 

WSiP 1999, il. Joanna Sedlaczek

Literatura 2003, il. Joanna Sedlaczek

Znak 2010, il. Paweł Pawlak

Z tej fascynującej opowieści dowiecie się, dlaczego rodzina Karolka wyruszyła w podróż na koniec świata, jakie przygody spotkały ich po drodze, kim był kichający nieznajomy i kto porwał małego Józefa. Znakomita lektura dla całej rodziny!



recenzja >


recenzja >


rozmowa >


rozmowa >


 

fragment:

Parowiec

Nie wiem, co najpierw mnie obudziło, groźne warczenie Alberta czy uczucie ostrego niepokoju gdzieś w głębi serca. Otworzyłem oczy. Było niesamowicie ciemno. Deszcz przestał padać, pomyślałem, nie słysząc znajomego stukotu o tropik. Albert znów zawarczał, a po chwili zaczął szczekać. Słyszałem, jak, ujadając, galopuje w stronę jeziora.
- On znów wariuje, już nie mogę - narzekała mamusia, owijając głowę śpiworem.
Tatuś usiadł i zaczął odkręcać drucik, blokujący suwak od namiotu.
- Pójdę zobaczyć – powiedział, założył trampki i wyszedł.
- Hej! - usłyszeliśmy po chwili jego okrzyk. - Oddawaj łódź, złodzieju!
Odpowiedziało mu sążniste kichnięcie i paskudny śmiech, niosący się echem po rzece. Albert znów zaczął szczekać. Wybiegliśmy z namiotu. Noc była ciemna, bezgwiezdna, ani śladu księżyca. Z trudem przebijając wzrokiem ciemność, ujrzeliśmy niknącą już w oddali łódź z zarysem sylwetki na pokładzie.
- Maurycy? - spytała mamusia, dygocąc.
Tatuś przytulił nas tylko w odpowiedzi, a Albert zbliżył się, skomląc cicho.
- On przeprasza - powiedziałem - że nie udało mu się ustrzec naszej łodzi. Nie martw się, Albercie - pocieszyłem go, gładząc po białym łbie. - Byłeś bardzo czujny, naprawdę...
- Chodźmy do namiotu - powiedziała cicho mamusia. – Jest mi zimno.
- Rozpalmy ognisko - zaproponował tatuś. - I tak nie uda nam się teraz zasnąć. Trzeba zrobić naradę. Chodź, Karolku. - Pociągnął mnie za rękę. - Pościągamy chrust.
- Wszystko jest przecież mokre po deszczu - przypomniała nam mamusia. - Nie uda się rozniecić ognia.
- Zobaczymy.
Założyliśmy dresy na piżamy i wzięliśmy się do roboty. Kiedy stos był już tak wysoki jak namiot, tatuś pokropił go benzyną i podpalił. Zasyczało i jedna gałąź zaczęła się jarzyć wesołym płomieniem.
- Mamy ognisko! - Skakałem radośnie.
- Poczekaj, Karolku - poprosiła mamusia i położyła palec na ustach. - Słyszycie?
- Coś jakby... - zastanowił się tatuś. – Jakieś buczenie...
- Coraz bliżej - przyznałem. - Buczy i pyrkocze.
- Od strony rzeki. - Mamusia ruszyła w jej kierunku.
Poszliśmy za nią. Tajemnicze odgłosy wzmagały się, chociaż nie było zupełnie nic widać. Rzeka płynęła spokojna i ciemna, gdzieniegdzie rozświetlona czerwonym blaskiem ogniska.
- Zobaczcie! - krzyknąłem tak nagle, aż jakiś rozbudzony ptak załopotał skrzydłami, przerażony.
- Statek... - zdziwiła się mamusia.
- Parowiec... - dodałem.
- Szybko! - zakomenderował tatuś. - Musimy go zatrzymać. Wołajcie, ile sił! - zawołał i pognał do ogniska.
- Hop, hop!!! - krzyczeliśmy najpierw sami z mamusią, a po chwili dołączył do nas tatuś, machając płonącą gałęzią.
Już wydawało się, że przepłynie obok jakby nigdy nic, gdy nagle zabuczało, zgrzytnęło i maszyny przestały pracować. Parowiec stanął.
- Co jest? - rozległo się od strony statku. - Rozbitkowie?
- Ukradli nam łódź! - krzyczeliśmy jeden przez drugiego. - Zabierzcie nas!
- Podpłynie po was ponton - zdecydował głos.
- Dziękujemy!!! - krzyknęliśmy chórem i szybko pobiegliśmy w stronę namiotu.
Zwijaliśmy się w pośpiechu. Niebo przestawało tracić swoją głęboką czerń, pojawiły się coraz wyraźniejsze kontury drzew. Józef nawet się nie przebudził, kiedy wyciągnęliśmy go z namiotu i wsadziliśmy w nosidełka.
- Pomóc wam? - Obok nas wyrósł mały chudy człowieczek w marynarskiej czapce.
Mamusia podziękowała i wręczyła mu pozwijane śpiwory.
- Dokąd płynie ten statek? - spytał tatuś, kiedy ładowaliśmy się do pontonu.
- Pojutrze powinniśmy być na morzu. - Marynarz układał bagaże tak, aby zostawić dla nas jak najwięcej miejsca. Ponton był niewielki.
- A potem? - dopytywał się tatuś.
- Wyspa Smutnych Szewców. Byliście tam kiedyś?
- Nie. – Pokręciła głową mamusia, ładując się z Józefem do środka.
- Gdzie jest Albert? - spytałem niespokojnie.
- Widziałem go ostatnio, kiedy zwijaliśmy namiot. - Tatuś rozejrzał się dookoła.
- Albert! Albert! - krzyczałem, ile sił w płucach.
- Kto mnie woła? - zahuczało od strony statku.
- Nasz kapitan ma tak na imię – poinformował marynarz.
- Przepraszamy! - krzyknął tatuś. - To nie do pana!
- Przestańcie hałasować, po pobudzicie wszystkich pasażerów! - huknął kapitan. - I pospieszcie się, do stu beczek wędzonych śledzi!
- Gotowi? - spytał marynarz.
- Albert, Albert... - powtarzałem, a łzy płynęły mi ciurkiem po policzkach.
- Nie martw się. - Przytuliła mnie mamusia. - On jest mądry. I bardzo samodzielny. Pamiętasz, jak go spotkaliśmy? - Kiwnąłem głową. - No właśnie. Da sobie radę. A może uznał, że nie jest już nam potrzebny?
- Przepraszam - wtrącił się marynarz. - Czy ktoś wam zginął?
- Pies - powiedział tatuś. - Wielki biały pies.
- I tak kapitan by się na niego nie zgodził. Uważa, że pies na pokładzie przynosi nieszczęście. A szczególnie biały. Odbijamy. - Odepchnął ponton od brzegu.
- Widzisz. - Mamusia ocierała mi chusteczką smutną buzię. - Albert musiał to przeczuwać i nie chciał robić nam kłopotu.
- Czuję, że jeszcze kiedyś go spotkamy - pocieszał mnie tatuś.
Nic nie odpowiedziałem, bo to było tak, jakby czytał w moich myślach. Niczego na świecie nie pragnąłem tak bardzo. No, może tylko tego, żeby nigdy nie pojawił się u nas Maurycy.
Z dołu parowiec wydawał się wysoki jak góra, a sznurowa drabinka, po której wspinaliśmy się na pokład, bardzo chwiejna. Albert by tędy nie wszedł, przeleciało mi przez głowę.
Kapitan był wielki, gruby i palił największą fajkę, jaką kiedykolwiek widziałem.
- Nareszcie - sapnął, kiedy stanęliśmy przed nim, a nasze bagaże piętrzyły się obok. - Mam jeszcze jedną wolną kajutę. Możecie ją zająć. A jutro wszystko mi opowiecie. - Wypuścił kłąb dymu. - Zaprowadź ich do dziewiątki - rzucił w kierunku marynarza, który nas przywiózł.
- Dziękujemy bardzo. - Ukłonił się tatuś. - I dobranoc - dorzucił na pożegnanie.
Nie było to specjalnie trafne, bo niebo różowiało już wschodem i budziły się ptaki, jak to o poranku.
Nie pamiętam, w jaki sposób znalazłem się w kajucie i kto przebrał mnie w piżamę. Słyszałem tylko, jakby przez sen, buczenie statku i równomierny stukot silnika.

 

 

Design Marta Maro