Anna Onichimowska


o mnie
książki

• ważniejsze publikacje

• spolszczenia i antologie

• wydania obcojęzyczne

• książki czytane

• recenzje

• zapowiedzi


scenariusze

trofea

kontakt

przyjaciele
fotografie


 

 

Gdybym miał konia

Krzysztofa Pączka droga do sławy

Duch starej kamienicy

Daleki rejs

Dobry potwór nie jest zły

Samotne wyspy i storczyk

Żegnaj na zawsze

Trudne powroty

Najwyższa góra świata

Dzieci zorzy polarnej

Koniec świata i poziomki

Aleksander

Gdzie jesteś, tatusiu?

Tam, gdzie wiedźma leci w piaskowej zamieci

Zasypianki na każdy dzień miesiąca

Sen który odszedł

Maciek i łowcy duchów

Hera moja miłość

Lot Komety

O zebrze, która chciała być w kwiatki

O jeżu, który znalazł przyjaciela

Tajemnice Początku. Mity o stworzeniu świata.

Żółta zasypianka

Wieczorynki z kotem Miśkiem

Bliscy nieznajomi

Daleko czy blisko

O żyrafach, które chciały zobaczyć śnieg

Wieczorynki z żółwiem Antosiem

O kangurku, który został listonoszem

Dzień czekolady

Dziesięć stron świata

Wieczorynki z Wielką Kaczką

Trzecie oko

Galaktyczni szpiedzy

O zwierzaku, którego nie było

Piecyk, czapeczka i budyń

Kiedy byłam mała / Kiedy byłem mały

Demony na smyczy

Gdybym była chłopcem / Gdybym był dziewczynką

O kocie, który został czarodziejem

Koniec gry

Czas meteorów

Pomiędzy

Tajemnica Malutkiej

Zupa z gwoździa

Osiem metrów niespodzianki

Za szafą

Prawie się nie boję

Z głową pod dywanem

Będę biegać

 

 

 



Nasza Księgarnia 1981, il. Tomasz Borowski
Literatura 1997, il. Bohdan Butenko
Literatura 2006, il. Elżbieta Kidacka

Powieść. Tytułowy bohater, uczeń czwartej klasy szkoły podstawowej, pisząc pamiętnik zastanawia się, jak zdobyć sławę. Aby osiągnąć cel, postanawia zostać pisarzem. Zwariowana opowieść Krzysztofa wpisana jest w jego pamiętnik. Lubisz się pośmiać - przeczytaj!

 


fragment:

4 października

Jest takie powiedzonko, że jak w poniedziałek, tak przez cały tydzień. A dzisiaj jest właśnie poniedziałek i zaczynają się dziać straszne rzeczy. Całe szczęście, że nie mamy psa, bo niechybnie by zwariował. Siedzimy sobie wszyscy w kupie w największym pokoju, który chociaż największy, jest i tak zupełnie nieduży, tym bardziej jak się do niego wstawi meble z całego mieszkania, to wydaje się całkiem malutki i potwornie ciasny. Żeby wyjść do przedpokoju, muszę przecisnąć się między szafą a biblioteką, potem przejść po tapczanie, na którym siedzą w tej chwili rodzice, a następnie kazać wyjść z pokoju Magdzie (to jest - mojej siostrze). Zajęła jedyny skrawek wolnego od gratów miejsca i wykorzystując naszą przymusową obecność urządziła koncert. Oczywiście na skrzypcach.
Chciałem pomóc malarzom, ale tato od razu na mnie wjechał, żebym przestał przeszkadzać i szwendać się pod ich nogami, bo będzie nieszczęście. Nawet przypadkowo wiem, o co mu chodziło. Właśnie opowiadałem panu majstrowi, jak chciałbym pomalować swój pokój. Nie tak, jak to się zwykle robi - żeby cała ściana była taka sama i w dodatku w nudnym kolorze - białym albo szarym, albo jasnożółtym. Tylko żeby się coś na tej ścianie działo. Żeby to była na przykład dżungla. Albo chociaż ogród zoologiczny, albo morze. I kiedy opowiadałem o kolorze tego morza, jaki powinien być, to jemu wszystko się pomyliło. Zamiast zanurzyć pędzel w białej farbie, przysunął do siebie drugi kubeł, w którym była niebieska farba do kuchni i zaczął pacykować ścianę. Ale ja w tym momencie przestałem mówić i on okropnie się zdenerwował, bo dopiero wtedy zauważył, co się stało, i naskarżył tacie, że przeszkadzam mu w pracy. Jakby to była prawda. Ja mu tylko umilałem życie i nie chciałem, żeby się nudził. Właściwie to ja nawet nie napisałem, że jest u nas malowanie, ale teraz to i tak chyba wszystko wiadomo. No, może nie wszystko. Na przykład nie napisałem, że wszystkie nasze trzy pokoje będą beznadziejnie pomalowane na biało, a kuchnia na niebiesko. Tylko łazienka będzie nie wiadomo dlaczego granatowa. To pomysł mojej mamy. A ona zawsze robi wszystko odwrotnie. To znaczy inaczej niż inni. U Bartka i u Leszka, i u Piotrka też, to w pokojach są kolorowe ściany, a w łazience białe. Ale mama zawsze jest taka trochę "na odwrót" i już się do tego przyzwyczaiłem. Nawet mi się to podoba. Zawsze coś się dzieje ciekawiej. Tylko jak już chciała, żeby było inaczej, to mogła mnie posłuchać i pomalować przynajmniej mój i Magdy pokój w dżunglę. Wtedy toby było dopiero zupełnie inaczej niż u innych. Ale mama nie chciała. Może bała się babci. Bo jak babcia przyjedzie do nas i zobaczy łazienkę, to i tak może być nieszczęście. A gdyby zobaczyła ściany w palmy i lwy, to lepiej nawet nie myśleć, co by było. Ja tu sobie spokojnie o babci piszę, a mama właśnie powiedziała, że nie ma sensu tak siedzieć sobie na głowach i że zabiera nas do babci. Z malarzami zostaje tato.

25 października
Nawet nie napisałem jeszcze, jak się nazywam. Teraz to zrobię. I popiszę też trochę o mojej rodzinie. No więc nazywam się Krzysztof Pączek. I mój tata nazywa się Pączek, tylko ma na imię Piotr, i moja mama - Ewa, i jeszcze moja siostra - Magda też noszą to nazwisko. I wcale nam to nie przeszkadza, że jest ono takie jakby troszkę śmieszne. To znaczy, dla mnie nie jest śmieszne, ale w szkole to długo różne chłopaki naśmiewały się ze mnie i mnie przezywały. Jak Magda poszła do szkoły, było tak samo. Ale teraz to już się uspokoili. Na szczęście nie jestem tłusty, bo pewnie nikt tak szybko by się ode mnie nie odczepił. Jestem nawet całkiem chudy i do tego wysoki. Najwyższy w klasie, no, tylko Mrówa jest o centymetr wyższy. I stoi przede mną na wuefie. A chodzę do czwartej klasy. Teraz to już i nie bardzo wiem, co by tu o sobie napisać. Chyba zacznę o rodzinie, ale...
Tak głupio przerwałem, bo Zakapior wyrwała mnie do odpowiedzi. Bo ja to pisałem na polaku. Ale więcej chyba nie będę, bo chłopaki wypytują, co robię, i w kółko zaglądają mi przez ramię. Aż mnie przez to nakryła Zakapior. A to, co piszę, to jest na razie jakby tajemnica. To znaczy, ja nie chcę, żeby to ktoś czytał. Chociaż będę pisać prawdę. Ale nie dla wszystkich ta prawda może okazać się wygodna. Bo ja nikogo nie będę wybielać. Kiedyś to ten pamiętnik na pewno będą czytali, ale jeszcze nie teraz. Będą go czytali wtedy, kiedy już będę sławny. Albo może nawet później, po mojej śmierci. Ale ja będę sławny już za życia. Tak sobie postanowiłem.
Na razie nie mogę więcej pisać, bo mam iść po kartofle. A tak jest fajnie. Magda od wczoraj siedzi u babci i jeszcze będzie tam trochę.

26 października
Teraz powiem wyraźnie, po co właściwie ja to wszystko piszę. Bo wczoraj już napisałem, że chcę być sławny. Tylko jeszcze nie wiem tak dokładnie, co zrobić, żeby stać się sławnym człowiekiem. Ale w końcu cała przyszłość przede mną, jak mawia moja babcia, to chyba jeszcze zdążę się zdecydować. Bo możliwości jest bardzo wiele. Można coś namalować albo ulepić z gliny, albo na przykład przepłynąć jakieś morze albo nawet ocean. Nawet przepłynąć można różnie: można kajakiem albo pontonem, albo w kółku ratunkowym, albo w ogóle wpław. W każdym razie trzeba to zrobić jakoś tak, jak nikt dotąd. Albo można coś odkryć: wyspę czy nową planetę, czy też jakiś nowy metal albo węgiel (to znaczy coś zamiast węgla, bo jak się skończy, to co będzie).
Czasem się czyta, jakie śmieszne rzeczy ludzie robią, żeby ich nazwisko było znane. Na przykład siedzą ileś tam w ciemnej skrzynce albo na drzewie, albo tańczą przez miesiąc sambę, albo biegają na długi dystans w worku. Ale ja już wiem, że oni wcale nie są sławni. Kędyś tłumaczył mi mój tato, że takie wyczyny zapewniają nie żadną sławę, tylko popularność. I to bardzo krótkotrwałą. Więc to mnie nie urządza.

 

Design Marta Maro