Anna Onichimowska


o mnie
książki

• ważniejsze publikacje

• spolszczenia i antologie

• wydania obcojęzyczne

• książki czytane

• recenzje

• zapowiedzi


scenariusze

trofea

kontakt

przyjaciele
fotografie


 

 

Gdybym miał konia

Krzysztofa Pączka droga do sławy

Duch starej kamienicy

Daleki rejs

Dobry potwór nie jest zły

Samotne wyspy i storczyk

Żegnaj na zawsze

Trudne powroty

Najwyższa góra świata

Dzieci zorzy polarnej

Koniec świata i poziomki

Aleksander

Gdzie jesteś, tatusiu?

Tam, gdzie wiedźma leci w piaskowej zamieci

Zasypianki na każdy dzień miesiąca

Sen który odszedł

Maciek i łowcy duchów

Hera moja miłość

Lot Komety

O zebrze, która chciała być w kwiatki

O jeżu, który znalazł przyjaciela

Tajemnice Początku. Mity o stworzeniu świata.

Żółta zasypianka

Wieczorynki z kotem Miśkiem

Bliscy nieznajomi

Daleko czy blisko

O żyrafach, które chciały zobaczyć śnieg

Wieczorynki z żółwiem Antosiem

O kangurku, który został listonoszem

Dzień czekolady

Dziesięć stron świata

Wieczorynki z Wielką Kaczką

Trzecie oko

Galaktyczni szpiedzy

O zwierzaku, którego nie było

Piecyk, czapeczka i budyń

Kiedy byłam mała / Kiedy byłem mały

Demony na smyczy

Gdybym była chłopcem / Gdybym był dziewczynką

O kocie, który został czarodziejem

Koniec gry

Czas meteorów

Pomiędzy

Tajemnica Malutkiej

Zupa z gwoździa

Osiem metrów niespodzianki

Za szafą

Prawie się nie boję

Z głową pod dywanem

Będę biegać

 

 

 

Filipinka 1996
Literatura 2000
Baobab 2004
Nasza Księgarnia 2008

Druga część czterotomowego cyklu dla młodzieży. Tym razem narratorką jest Ewa, dziewczyna Maćka. Ma do podjęcia niełatwą decyzję: studia czy wyjazd do Paryża i próbowanie swoich sił w karierze modelki. Wyjazd stanowi "życiową szansę", ale z drugiej strony oddali ją od rodziny, no i - od jej chłopaka, który nie chce zaakceptować takich pomysłów dziewczyny na życie...




recenzja >


fragment:

Rozdział 1
Wydawało mi się, że nie wytrzymam ani chwili dłużej. Bolały mnie kości, mięśnie, wszystko. Tłumiąc ziewanie, spojrzałam na zegarek. Dwadzieścia sześć godzin jazdy...
- Będziemy mieć opóźnienie. - Siedząca obok kobieta złowiła mój wzrok. - Że też człowieka nie stać na samolot... - westchnęła.
Nie miałam ochoty na rozmowy. Odpowiedziałam cokolwiek i rozłożyłam przed sobą gazetę.
- Zna pani francuski? To piękny język... - Sąsiadka nie rezygnowała, zerkając przez ramię.
- Tak. Bardzo ładny.
Z trudem brnęłam przez poszczególne zdania. Często znałam słowa, ale nie potrafiłam ich zlepić w sensowną całość. Muszę się za to wziąć, pomyślałam. Muszę się wziąć za tyle rzeczy... Zamknęłam oczy. Pod powiekami zamajaczyły mi znowu smukłe ciemnoskóre dziewczyny z pokazu u Cardina. Siedziałyśmy z ciotką tak blisko wybiegu, że prawie czuło się zapach ich perfum.
Nagle zdałam sobie sprawę, że bardziej pamiętam twarze modelek, ich ruchy, uśmiechy niż prezentowane kreacje. To już zboczenie, westchnęłam w duchu. Co mnie opętało?! Ale wyobraźnia podsuwała mi obraz dziewczyny, której twarz codziennie oglądałam w lustrze, na miejscu tych Mulatek i Murzynek. Miałam w uszach jedną z melodii, w rytm której tańczyły, i nogi same podrygiwały mi, już chętne, aby wyjść na wybieg.
Uspokój się, uszczypnęłam się lekko w rękę i wyjrzałam przez okno. Mijaliśmy zieleniejące pola i zapuszczone obejścia. Gdzieniegdzie niewielkie laski, pasące się krowy... Spróbowałam znaleźć wygodniejszą pozycję, nie było to łatwe.
- Ja też ledwo siedzę... - zagaiła sąsiadka. - Wie pani, tak się przyglądam i myślę sobie, że jest pani trochę podobna do mojej córki... Tylko że ona ostrzygła się na fanka...
- Na punka? - prostuję niepewnie.
- Takie coś tu podgolone, tu na białko, a tu ma zieloną kępkę... Wygląda tak, że wstydzę się do niej przyznać. A taka była ładna... - Zrywa się, ściąga torbę, wyjmuje portfel, z niego zdjęcie. - Proszę...
Nie widzę podobieństwa. Dziewczyna ma pospolitą, regularną twarz. Trudno o niej cokolwiek powiedzieć. A jednak coś się w niej kotłuje, myślę, skoro gania na zielono.
- Jak ma na imię? - pytam, żeby cokolwiek powiedzieć.
- Ludwika. To po babci - słyszę i przez chwilę myślę, że to mógłby być jeden z powodów.
- Jak pani do niej mówi? - Nagle wydaje mi się to ciekawe.
- Lusia.
- Nie znam żadnej dziewczyny o tym imieniu.
- No właśnie. - Kobieta puchnie z dumy.
Zamykam znów oczy. Nawet niczego nie demonstruję, po prostu strasznie chce mi się spać. Słyszę jeszcze, że sąsiadka coś mówi, ale nie rozumiem słów, w półśnie zaczynam się zastanawiać, czy Maciek będzie na mnie czekał, jak obiecał.
Wyobrażam sobie jego twarz, mam ochotę jej dotknąć, Boże, jak ja się stęskniłam.
Idę przy jego boku. Śnieżyca jest taka, że prawie nie widać drogi. Trzymamy się za ręce, nagle ja potykam się i pociągam go za sobą. Jaki miękki śnieg, śmieję się, a on zaczyna mnie całować. Robi się coraz cieplej, rozpina mi kożuch, podciąga w górę sweter... "Zostaw" - mruczę, widzę na jego głowie białą czapę – "zasypie nas, ty wariacie". Ale on nie przestaje, to jest takie przyjemne, niech się dzieje, co chce. Z zamieci wyłania się jeleń, ma poroże z lodu i niebieskie oczy. "Nie patrz, nie patrz" - szepczę. "Dziękuję państwu za wspólną, podróż" – mówi jeleń, on zwariował, myślę, twarz Maćka oddala się nagle, uchylam powieki.
Sąsiadka patrzy na mnie, ma dziwną minę, robi mi się głupio.
- Zasnęłam - mówię.
- Zauważyłam. - Kiwa głową. - Dojeżdżamy, wie pani?
Za szybą migają znajome bloki, stajemy na światłach, wyciągam z torebki lusterko. Nie wyglądam kwitnąco. Szczotkuję włosy, pudruję nos, chociaż tyle, żebyś się nie przestraszył.
- Półtorej godziny po czasie - jęczy kobieta. - Mój miał się urwać z pracy. Ale tyle nie będzie mógł czekać... - dalej mówi coś o taksówkach, wyjaśnia, gdzie mieszka.
Już wcale nie słucham, serce mi wali. Będziesz czy nie będziesz, wróżę sobie twoją obecność. Jeśli w autobusie jest więcej blondynek niż brunetek, będzie... Odwracam się, unoszę z siedzenia, liczę... coś mi się nie zgadza, co zrobić z tą rudą, zaczynam się zastanawiać, jej nie przewidziałam... Autobus podjeżdża pod dworzec, przestaję liczyć, rozglądam się, nie ma, odpowiadam coś na pożegnanie sąsiadki i przesuwam się do wyjścia.
Spaliny i słaby zapach wiosny. Łagodny wiatr rozwiewa mi kurtkę, wpatruję się w luk autobusu, kierowca wyładowuje bagaże, schylam się po torbę, wyprzedza mnie męska dłoń...
- Maciuś... Maciuś... - szepczę, wtulona już w jego bluzę. Podnosi mi twarz do góry.
- Ładnie tak się spóźniać? - pyta i zaraz całuje mnie mocno.
- Myślałam już, że cię nie ma... - mruczę, zamykam oczy.
- Radziłbym się przespać w domu... - ostry męski głos.
Gruby facet obładowany torbami roztrąca wszystko, co żyje. Za nim drepcze moja sąsiadka. Posyła mi przepraszająco-szczęśliwe spojrzenie. Maciek sztywnieje, zaraz będzie awantura, gładzę go po głowie, rozluźnia się.
Patrzę w ślad za nimi. Dobrze, że na nią czekał, myślę, nie czując nic prócz współczucia.
- Jedziemy do domu. - Maciek macha na taksówkę. - Masz klucze?
- Mam.
Siedzimy na tylnym siedzeniu, jego dłonie szukają mnie bezustannie, widzę jak kierowca filuje w lusterko.
- Poczekaj... - szepczę.
- Twoja mama dziś pracuje. Dzwoniłem do niej...
- Uśmiecha się. - A Gruby wraca po południu.
- Tak samo jak ojciec? - Odwzajemniam uśmiech, czuję to samo co on, o ile można wiedzieć, co czuje ktoś drugi.
Przed domem nie natykamy się na nikogo, mieszkanie jest puste.
- Poczekaj... - Wywijam się z jego objęć. - Zadzwonię do nich najpierw, tak będzie lepiej...
Wykręcam znajome numery, melduję, że wróciłam, daję do zrozumienia, że nadawać się do rozmowy będę dopiero wieczorem, tak, jestem zmęczona, tak, muszę się wyspać, niech się nie spieszą. Maciek zaczyna już mnie rozbierać, więc kończę i odkładam słuchawkę.
Uciekam do łazienki, zamykam się, żeby nie właził, póki nie będę gotowa i wchodzę pod prysznic.

 

 

Design Marta Maro